Bitwy o Gostyń 1-3.09.1939

Poniższy tekst jest tłumaczeniem monografii pułku Wehrmachtu  o numerze 49.

Tłumaczenie – Grzegorz Skórka.

Prezentowany tekst jest publikowany wyłącznie w celach historycznych, naukowych i edukacyjnych. W żaden sposób nie wyraża poglądów oraz przekonań członków SRH „Die Kampfgruppe Hoffmeyer”.

„Jest noc – noc pierwszego września 1939. Regiment zajmuje swoje wyznaczone pozycje przy wsi Bilchengrund (obecne Pilchowice)
III Batalion./- (Dowódca Major Hoffmeyer) – jako straż przednia posuwa się pod samą granice. Panuje tam cisza i spokój. Czy Polacy będą bronić granic? Optymiści ciągle wierzą w „wojnę kwiatową” tak jak podczas zajęcia Sudetlandu. Jednak nawet ci, którzy nie podzielają tego zdania są przekonani o sprawiedliwej walce i szybkim zwycięstwie. Wiara w Hitlera jest jeszcze niezachwiana.

Regiment piechoty 49 (IR 49) tworzy prawe skrzydło 28 Dywizji Piechoty (28.Inf.Division) dowodzonej przez Generała Majora Hansa Von Obstfeldera i VIII. A.K (VIII Korpus Armijny) Generała Piechoty Buscha. Korpus ma za zadanie obejść od południa Zagłębie Górnośląskie,
a następnie zająć okolice Krakowa.

4.45 rano. Pierwsze jednostki zwiadu przekraczają granice. Wojna się rozpoczęła! Któż by przypuszczał, że wtedy o 4.45 weszliśmy na drogę śmierci, bólu i nieszczęścia. Droga ta miała doprowadzić do największej tragedii w niemieckiej historii.
Regiment wyruszył zaraz po jednostce zwiadu rowerowego pod rozkazami Leutnanta Leskego i jednostce kawalerii pod rozkazami Feldfebla Wenzela.

Ówczesny Gefreiter Dalibor tak opisuje wkroczenie na ziemie wroga: „ Ośmiu jeźdźców jest szeroko rozproszonych. Jadą samotnie w stronę wschodzącego słońca. Osiągamy pierwszą dużą miejscowość – jest cisza, spokój i tylko stukot kopyt naszych koni”. Ludność zapewne jeszcze śpi. Po naszej lewej stronie w bocznej uliczce, zatrzymuje się ciężarówka, wyskakują z niej polscy żołnierze i biegną za fasadę domu lecz nie pada żaden strzał. Nagle Polacy wsiadają na ciężarówkę i odjeżdżają. Wysłano meldunek o kontakcie, podczas gdy my kontynuowaliśmy pochód. Około południa odpoczywamy w wolno stojącym gospodarstwie. Rolnik mówi płynnie po niemiecku. Melduje nam, że polscy żołnierze w sile plutonu zmierzają w stronę gospodarstwa. Rozstawiliśmy strzelców na pozycji, podczas gdy Feldwebel Wenzel poprosił rolnika by ten przekazał Polakom propozycje poddania się. Rolnik wyszedł przed gospodarstwo i poszedł w kierunku nadciągającego oddziału, który widocznie poinformowany o naszej obecności, zakradał się od strony lasu. Po kilku minutach nerwowego czekania z lasu wyłaniają się polscy żołnierze z podniesionymi rękami. Rolnik kieruje ich do stodoły. Gdy tam jednak dotarli miny im strasznie zrzedły,
bo zorientowali się że 30 żołnierzy poddało się 5 kawalerzystom. Cóż ten rolnik im opowiedział? Są to nasi pierwsi jeńcy. Drogę przed nami przecinają tory, z przejeżdżającego pociągu padają strzały. Pierwszy raz słyszymy gwizdy kul nad naszymi głowami, nikt jednak nie został trafiony. Razem z Geislerem tworzę przednią straż po prawej i lewej stronie drogi. Cywile widząc nas z zadziwiającą prędkością kryją się
w domach. Przed skrzyżowaniem okrążam dom, nagle tuż przede mną widzę klęczącego w płytkim okopie polskiego żołnierza, który na mój widok odbezpiecza karabin. W jednym momencie zawracam moją „księżniczkę” i tam gdzie była moja głowa w mur uderzyła kula. Koń Geislera pada zabity, on sam zaś zeskakuje z niego i biegnie za osłonę, jednak jego przedramię jest przestrzelone. Feldwebel Wenzel daje mi rozkaz, bym zameldował dowódcy regimentu o kontakcie. Tak więc zameldowałem o pierwszym kontakcie i o pierwszej stracie, czyli koniu. Lecz dla nas jeźdźców jest to strata towarzysza.I tak batalion zwiadowczy przeżył rozpoczęcie wojny.

Ówczesny ordynans-oficer III./- Leutnant Krause, pisze:
„4.45. Kompania powstaje, rozwija szyk i wchodzi w szary świt. Dwa kilometry dalej z mgły wyłania się wieś Wrzosy. Osiągnięto ją bez oddania jednego strzału. Gdy słońce pojawiło się na niebie osiągnęliśmy, Schyglowitz (Szczygłowice), pierwszą polską wioskę. Mieszkańcy ustawieni po obu stronach drogi rzucali w nas kwiatami i podnosili prawą rękę w geście pozdrowienia. Po opuszczeniu wsi dowódca krzyknął: „szybciej, szybciej, bo zwycięstwo nam ucieknie – chcemy przynajmniej jeszcze postrzelać”. Wyruszyliśmy na Czuchow (Czułów). Słońce zaczynało powoli zachodzić, broń i amunicja bardzo ciążyły, a pot spływał po twarzach. Czuchów było miastem górniczym z szybem, wielkimi zakładami pracy i stromymi hałdami. Rejon jak gdyby stworzony do podstępnej walki z ukrycia. Nie wielu ludzi odważyło się wyjść przed domy, czy padną teraz pierwsze strzały? Jednak nasz patrol nie wykrył żadnego wroga ani zasadzki. Żołnierze uwolnieni od niepewności maszerowali żwawiej. Często można było zobaczyć żołnierzy wyciągających z ogródków ręczne taczki a nawet wózki dziecięce, szybko załadowano na nie ciężką amunicje. Gdy w Czerwionce nie napotkano wroga, napięcie panujące wśród żołnierzy opadło całkowicie.
Przed Belk (Bełkiem) zrządzono krótką przerwę. Wieś ciągnęła się bez końca. Ulice były jak wymarłe. Czy nasze natarcie uderzało w pustkę? Tymczasem kurier przywiózł przechwycone depesze wroga: silnego oporu powinniśmy się spodziewać dopiero za 30km. Polacy mieli tam umocnioną linię frontu. Lecz jej siła była zapewne nikła, gdyż bunkry były dopiero w budowie. Rano zwiad lotniczy i agenci poinformowali nas, że Polacy wycofują się na wschód. Natarcie ruszyło ponownie – a może był już to pościg? Gdy batalion osiągnął skrzyżowanie obok Zawise (Zawiść), wdarliśmy się już na 20 km w terytorium wroga. Zarządzono przerwę. „Skrzyżowania przyciągają artylerie” powiedział Major Hoffmeyer, i rozkazał wejść w las. Kuchnie polowe podjechały, otwierano menażki, niczym na obrazku z manewrów. Obok na drodze przejechał oddział kawalerii, był to oddział podoficera Ukasa von Riterzuga na nasz widok uśmiechnął się i pomachał.”
Większa część regimentu miała przerwę w Orzesze (Orzeszu). Z sielskiego nastroju spowodowanego bezproblemowym natarciem nie zostało nic, gdy pierwsze pociski zaczęły uderzać w wieś. Trzecia salwa eksplodowała między żołnierzami. I Batalion szczególnie 4. kompania, miała pierwszych poległych (Gefr. Gans 4./-) i wielu rannych. Kompanie się rozproszyły. Nie było wątpliwości, że to Polacy ostrzeliwali nasze zgrupowanie. Lecz skąd taka dokładność? Nikt nie widział żadnego polskiego samolotu. Dlatego podejrzenia padły na mieszkańców, lecz oni stanowczo zaprzeczali. Dopiero później się okazało, że to niemiecki samolot biorąc nas za zgrupowanie wojsk polskich wezwał ogień artylerii.
Straż przednia przerwała odpoczynek. Pada rozkaz wymarszu: batalion ma nacierać na Gostyń, przekroczyć linie kolejową Pless (Pszczyna) –Nicolai (Mikołów), następnie przebyć las Żwakowski, i nacierać w kierunku wschodnim. W okolicy Gostyni spodziewany opór, możliwe,
że będą to tylne straże wycofujących się Polaków. 10. Kompania po prawej (Hauptman Fleischman), i 11. Po lewej (Oberleutnant V. Salisch), pierwsza linia naciera w rozproszeniu. Po przebyciu lasu, przed batalionem między lasami, otwiera się dolina Gostynki. Po prawej,
na bagnach, malutki strumyczek, dopływ Wisły, pośrodku szeroka droga, przy której drobne gospodarstwa łączą się tworząc wieś Gostyń.
Na lewo aż do granicy lasu same łąki i pola. Wysokie drzewa na trasie Mikołów-Pszczyna, ograniczają widok w kierunku wschodnim.
Słychać pierwsze strzały, Major Hoffmeyer nakazuje się rozproszyć i być czujnym. W domach cicho i spokojnie, żadnego ruchu na przedpolu. 10. i 11. kompania docierają do wsi, tylko domy i stodoły dają osłonę. Kompanie schodzą ostrożnie z niskiego zbocza. Około 1500 m przed nami widać ciemną ścianę lasu Żwakowskiego. Podczas gdy sztab batalionu posuwając się tuż za nacierającymi kompaniami dotarł do wioski, rozlegają się strzały. Najpierw powolny trajkot polskiego CKM, potem szybkie serie z naszych. Kule świstają nad głowami sztabowców.
Major Hoffmeyer zeskakuje szybko z konia, i biegnie kilka kroków skacząc do rowu melioracyjnego. Lecz wroga nie widać. Pojedynczy strzelcy biegną by odpowiedzieć ogniem karabinów. Reszta jest skulona za stodołami i innymi zabudowaniami. Gdzie jest wróg? Strzelają
ze wszystkich stron. Na granicy lasu i w lesie dostrzegamy punkty oporu (bunkry?) z których nas ostrzeliwują. Na całym obszarze walk (15), poukrywali się Polscy strzelcy. Każdy nasz ruch powoduje nawałnice ognia. Podejrzewamy, że są w drzewach, na poddaszach, a nawet
w wagoniku kolejki liniowej przecinającej pole walki, lecz nie mogliśmy ich nigdzie dostrzec. 10. i 11. kompania z wielkim trudem posuwają się naprzód. Dlatego proszą batalion o oczyszczenie tyłów i wsi z wroga. Major Hoffmeyer rozkazuje 9. kompani (Oberleutnant Riedienger) wykonać zadanie.
Ówczesny Leutnant Leske, dowódca drużyny w 10. kompani, pisze o pierwszym dniu walk:
„Popołudniu przejmuję znowu dowodzenie nad moim pierwszym plutonem w 10 kompani. Po tym jak wykonał zwiad rowerowy. Wrogie mg
i ogień karabinów pada gęsto między nas, lecz Polacy strzelają niecelnie. Strzelają z wszystkich stron, z drzew, stodół, a nawet z tyłu za nami. Cały czas przeczesuję korony drzew lornetką, lecz nikogo nie widać. Szczęśliwym trafem, wokół była miękka świeżo zaorana ziemia. Usypuję sobie bez pomocy saperki małą osłonę. Jak szybko to idzie, gdy jest się pod ostrzałem. Poruszamy się bardzo małymi skokami do przodu. Gruppenfuhrerom towarzyszą tylko nieliczni ludzie. Po lewej, w połowie drogi do lasu, znajduje się długi, około 30 metrowy płot palisadowy zza którego strzelają wrogie karabiny maszynowe. Co chwile padające pociski karabinowe wzniecają chmury ziemi i odłamków padające
na nas. Dobry strzelec z grupy Bunzela, grenadier Haase, trafiony zaraz pada zabity. Był jednym z nielicznych, którzy ciągle odpowiadali
na wrogi ostrzał, lecz zbyt długo strzelał z jednej pozycji. Słychać przerwach między ostrzałem krzyki rannych, których nie sposób w tej chwili ewakuować gdyż musieliśmy nacierać dalej. Nagle świst i grzmot, pociski artyleryjskie uderzały bardzo blisko nas. Zaraz po nich uderzały kolejne. Sądzę, że był to ostrzał polskiej ciężkiej artylerii. Lecz nasi ludzie zaraz zaczęli krzyczeć, że: „ to nasza artyleria, strzelają za krótko!”. Bzdura!, odpowiadam. Lecz niektórzy żołnierze są bardzo zdezorientowani. Jako że na początku natarcia, nasza artyleria ostrzelała nas przez przypadek, wszyscy podczas ostrzału myślą, że to własna ciężka artyleria. Wystrzelono białe i zielone race, świadczyło to o tym, że żołnierze
są zdenerwowani. Widocznie jest tak zawsze, gdy zaczyna się wojna. Wszyscy jesteśmy spragnieni. Ktoś na pierwszej linii domaga się kilku butelek „Kiesinger Bier“, na co wszyscy dosadnie odpowiadają by stulił pysk.
Docieramy na 600 metrów do lasu, lecz dalej nie dajemy rady, jest nas zbyt mało. Poza kilkoma strzelcami nikt nie nadąża za Gruppenfuhrerami. Nasze natarcie się załamało. Co teraz będzie?
Zaczyna się powoli ściemniać. Okopujemy się. Muszę rozmawiać z szefem kompanii. Gdy zapada zmrok, podczołguję się do chlewu, w którym ma on się znajdować. Znajduję tam oddział ciężkiego karabinu maszynowego, i Leutnanta Tenscherta z częścią jego 3 plutonu.
Chlew jest pod ciągłym ostrzałem polskiego CKM-mu. Szefa kompanii spotykam za chlewem w towarzystwie oficera Eckela, dowódcy
2. plutonu. Dowiaduję się od niego, że mamy pozostać na noc na obecnych pozycjach. Razem z szefem idziemy na nasze pozycje. Rozmawiamy z ludźmi, są w dobrym nastroju. Zajmuję pozycje na lewym skrzydle, gdyż jest to najsłabszy odcinek. Okopujemy się najgłębiej jak się da. Wysyłam Gerfreitra Netwinga by nawiązał łączność z naszym lewym skrzydłem. Po bardzo długim czasie wraca i melduje,
że po naszej lewej jest 11. kompania a dalej za nią na tej samej linii, 9. kompania. Do mojej drużyny przyłącza się 2 drużyna ( 4. grupa – Unteroffizer Heiman). W międzyczasie Polacy za pomocą pocisków smugowych, zapalili wszystkie zabudowania na naszych tyłach.
Chlew, w którym znajduje się sztab kompanii płonie jasnym blaskiem. Przez następne kilka godzin, każdy nasz ruch jest doskonale widoczny.
Gdy tak sobie podsumuję naszą sytuacje, jestem troszkę zawiedziony naszymi dokonaniami. Liczyłem na to, że wypchniemy Polaków z ich pozycji pierwszym szturmem, lecz nie mieliśmy dziś prawie wcale wsparcia ciężkiej broni, ani artylerii. Oczywiście jutro rano spróbujemy jeszcze raz. Lecz czy pójdzie lepiej? Zobaczymy! Po naszej lewej nasilają się odgłosy walki, artyleria strzela bezustannie, pomiędzy wystrzałami słychać ostre serie z naszych mg. Najwidoczniej I. Batalion na naszej lewej flance atakuje. U nas poza pojedynczymi strzałami panuje spokój. Wzywam moich 3 Gruppenfuhrerów, by się upewnić, że wystawiono warty i obserwuje się przedpole.
Około godziny 3.00 nadchodzi rozkaz, by wycofać się na wyjściowe pozycje. Wysyłam ludzi małymi grupami po 6, a sam zostaję z 2
aż wszyscy się wycofają. Gdy wszyscy opuścili pozycje ruszamy skokami do tyłu. Po jakiś 10m, dostrzegamy pojedynczych żołnierzy wracających na pozycje. Meldują oni, że „na rozkaz komendanta batalionu, stare pozycje mają być natychmiast zajęte”. Więc wracają.
Jak się później dowiedziałem żołnierze zamiast skokami i biegiem, szli sobie jak na spacerek. Przeszli przez pozycje wyjściowe, nawet tego nie zauważając, by natknąć się na komendanta, który ich zawrócił. Całe szczęście, że wróg nie był czujny. Więc wracamy do naszych starych dziur. Ok godziny 4.00 przychodzi ponowny rozkaz wycofania na pozycje wyjściowe. Wycofujemy się gdyż, artyleria mająca wesprzeć nasze ponowne natarcie, zaplanowane na godzinę 5.15 miała rozpocząć ostrzał. Więc cofniemy się by uniknąć ewentualnych strat. Zaczyna świtać, silna mgła, sprawia, że wróg nas nie dostrzega, co umożliwia nam przeprowadzić skoordynowany odwrót. Naszego poległego, biednego Haasego, bierzemy oczywiście ze sobą. Znajdujemy resztę kompanii za chlewem, w którym znajduje się sztab, wszyscy zgromadzeni są
w punkcie wydawania żywności. Jest coś sycącego, a na dokładkę, cygara, kawa i papierosy.”
I faktycznie, generał v. Rothkirch ( generał od 28 sierpnia) wyznaczył I Batalion ( Oberstleutnant Schubert) jako wsparcie dla walczącego po prawej III Batalionu.
O zmroku, batalion zajmuje swoje pozycje wyjściowe na skraju lasu. Zwiad doniósł, że leżący naprzeciw las, jest zajęty przez silne oddziały wroga. Oberstleutnant Schaubert postanowił przełożyć główne natarcie do następnego ranka. W nocy nawiązano kontakt z lewym sąsiadem, czyli z IR 83.
II Batalion pozostawiono do dyspozycji regimentu, znajdującego się we wsi Gostyń. W późniejszym czasie, zlecono mu oczyścić tyły III. Batalionu, nękanego przez sporadyczny ostrzał wroga.
Pierwszy dzień walk, nadszarpnął nasze nerwy. Kiedy polskie granaty uderzyły w wieś, jakiś kawalerzysta, wystrzelił pfeifpatrone (amunicja akustyczna, do pistoletów sygnałowych, używana przez wojsko niemieckie do ogłaszania alarmów gazowych w dzień), co wywołało panikę
i alarm gazowy. Komendantura regimentu wyznaczyła dowódcę 13. Kompanii, Hauptmana Kutznera, by przywrócił prządek. W tym czasie przeszukano i zabezpieczono wszystkie budynki w okolicy, ludność cywilną, zebrano w kościele i tam zamknięto pod strażą. Punktualnie
o świcie, 2-go września, rozpoczyna się przygotowanie artyleryjskie. Polacy zaraz po ostrzale otwierają ogień z CKM-ów. Planowo, zaraz po ostrzale, I, i II Batalion wkraczają do akcji. Natarcie przebiega bez strat z pełnym powodzeniem. Gdy jednak, gdy mgła opadła, obrona wroga stała się o wiele skuteczniejsza. Artyleria osiągnęła swój cel tylko częściowo. I. Batalion znajduje się około 300 m od swoich pozycji wyjściowych, i zostaje przygwożdżony wrogim ogniem. Ostrzał artylerii był niewystarczający. Na otwartym terenie batalion ponosi wysokie straty.
„ Również
Major Hoffmeyer ( III./-), obserwuje pełen obaw, jak natarcie jego kompanii, zaczyna się załamywać. I wtedy zadzwonił telefon polowy:
na linii Hauptman Fleischmann, melduje, że kompania osiągnęła las, i wdarła się w wrogie pozycje. „Gratulacje!’’ krzyczy w słuchawkę Major, „Zaraz do was przyjdę”. Po chwili informuje cały regiment o sukcesie 10. Kompanii i o swoich dalszych zamiarach. 11. i 9. Kompania, mają dołączyć do szturmującej 10. Kompanii. Dowództwo regimentu godzi się na zastosowaną taktykę. 11. I 9. Kompania, otrzymują odpowiednie rozkazy. Major Hoffmeyer, gdy tylko dołączył do 10. Kompanii, wydał rozkaz do wymarszu. On sam szedł w szpicy natarcia. Kilku wziętych
do niewoli wrogich żołnierzy wzięto ze sobą. Po chwili osiągnięto drogę na Żwaków. Z lewej słychać stłumione odgłosy walk, ale tu w lesie, jest spokojnie. Zrządzono krótką przerwę, w celu przegrupowania i nawiązania łączności. Lecz łączności nie udaje się nawiązać, las pochłania fale radiowe. Niemalże bez oporu ze strony wroga, osiągnięto linie kolejową Piotrkowice – Kobiór, która przecina las żwakowski.
Tu zarządzono długą przerwę. Ludzie są wyczerpani. Wczoraj długi marsz i niespokojna bezsenna noc, dziś atak, a każdy jest wyładowany ciężkim wyposażeniem i jeszcze cięższą amunicją. Jedynie to, co oddział wziął ze sobą jest na miejscu. PAK, I.G, wozy z amunicją, niczego nie ma. W czasie marszu przez las do 10. Kompanii dołączyły resztki innych. Lecz to nie zmienia faktu, że jesteśmy tylko wzmocnioną kompanią, podczas gdy komendantura widzi w nas silny oddział bojowy działający na zapleczu wroga.
Nagle meldunek: z lewej zbliża się pociąg! Stukot jego kół jest już dosłyszalny. Podejrzenie, że to pociąg pancerny się potwierdza. Monstrum podjeżdża aż pod samą granice lasu. Znajdująca się na nim piechota szturmuje nasze pozycje. Otwieramy ogień z wszystkich MG. Pociąg odpowiada ostrzałem z swych dział. Po wystrzeleniu kilku salw, wycofuje się. Szybko zajmujemy pozycje obronne. Wydaje się, że nasze małe przełamanie jest dla Polaków bardzo niebezpieczne. Gdyż pociąg powraca, z większą liczbą żołnierzy. Atakują dzielnie, ale zostają krwawo odparci. Lecz także ogień pociągu jest celny i zadaje duże straty i pogarsza morale, gdyż nie mamy, czym go zaatakować.
Sytuacja Kampfgruppe Hoffmeyer, zmienia się radykalnie. Poniesiono duże straty, 12. Kompania, nie jest nawet w stanie obsadzić swoich MG. Nadal brak połączenia z komendanturą. Żadnemu łącznikowi nie udało się przebić. Zaczyna brakować amunicji. W ostatniej chwili dociera II Batalion (Krause). Jak mogło dojść do takiej sytuacji? Po rozmowie telefonicznej z Majorem Hoffmeyerem, generał V. Rothirch,
dał rozkaz dowódcy II. Batalionu, Majorowi d.res.(rezerwy) Bienekowi by natychmiast dołączył do III. Batalionu, by kontynuować natarcie.
Po odpowiednim przygotowaniu, na wschód od Chaussee. II. Batalion ok 10: 00, rozpoczął natarcie ze wsi Gostyń, dobrze wspierany przez II./AR.28. Przodowe kompanie (5./-, 6./-) zostały zaskoczone bardzo mocnym ogniem ze strony nieprzyjaciela. Wszyscy zalegli by znaleźć schronienie. Tylko Major Bieneck, biegł pochylony przez pole, niczym przykład spokoju i opanowania szturmował dalej. To zmotywowało żołnierzy do czynu, ruszyli za swym dowódcą, a natarcie ruszyło z nowym impetem. Gdy natarcie wyszło na otwarty teren zalegająca 10. Kompania dołączyła się do szturmu. Po silnym ostrzale artylerii, rozpoczęto szturm na wrogie pozycje po obu stronach drogi Żwaków – Gostyń. Lecz Polacy nie dopuścili do walki wręcz.
Minęło popołudnie za ok. 2 godziny będzie ciemno. Major Hoffmeyer naradza się z Majorem Bienkiem, na podstawie doniesień Oberleutnanta V. Salischa. Oboje zgadzają się ze nie można zostać na noc na nieosłoniętym skraju lasu, bez kontaktu i wsparcia. Trzeba odbić lukę w wrogich liniach. Lepiej było by ja zdobywać w świetle dnia niż w ciemności, kiedy łatwo o pomyłkę. Jeszcze podczas trwania narady przybiega posłaniec, że wróg jest na prawym skrzydle i szykuje się najwidoczniej do ataku. Po odnotowaniu tego faktu wiadomo, co robić, major zbiera wszystkich dowódców kompanii, i daje rozkaz odwrotu. Najpierw III. Batalion musi się oderwać od wroga, wycofać się na pół drogi do skraju lasu, i tam zalec by zabezpieczać odwrót II. Batalionu. Wtedy II. Batalion oddaje zdobyte Polskie pozycje w lesie i cofnie na linie wyjścia. Skąd dokona wybicia w pozycjach wroga, który zajął nasze tyły. Mają oni utrzymywać lukę aż do dojścia sił głównych. Leutnant Krause, ten, który zajął stanowisko adiutanta batalionowego, w miejsce poległego, Oberleutnanta Kubitza, zostaje wysłany na misje, musi za wszelka cenę osiągnąć stanowisko dowodzenia regimentu. Stawką jest życie naszych rannych, którzy są nadal w lesie.
Oderwanie od wroga przebiega bezproblemowo. Rano ewakuujemy naszych rannych. Oddziały są wyczerpane i ich morale bardzo podupadło lecz osiągając brzeg lasu, natrafiają na szpice IR 7. Więc nie jesteśmy odcięci i nie trzeba się martwić o przebijanie wrogich pozycji.
Napięcie opada. Odpowiedzialnym za tą odsiecz, był Leutnant Krause. Pokonał linie frontu, zaraz po zakończeniu walk, na pobojowisku, odnalazł sprawny motor, na którym pognał do sztabu. Generał V. Rothkirch przywitał go słowami „ niczym wysłannik z innego świata”.
Bo także komendantura regimentu nie była w stanie wysłać łącznika do grup Hoffmeyer/Bieneck, gdyż las był zajęty przez jednostki polskie. Generała bardzo niepokoił los II., i III. Batalionu. Jako że regiment nie posiadał już rezerw, dowódca dywizji zezwolił na użycie IR.7, który był ostatnią rezerwą dywizji stacjonującej w Gostyni. Miał on natychmiast ruszyć do boju, by zluzować walczącą „Kampfgruppe Hoffmeyer.”
Leutnant Laske zanotował w swoim pamiętniku: „Przemierzamy pobojowisko na pasie, którym nacierała 9. Kompania. Widzę bardzo wielu poległych. Znałem ich wszystkich. Wielu z nich szkoliłem, jako rekrutów w koszarach. Powoli się ściemnia. W lesie, na wschód od drogi Kobiór-Mikołów, robimy przerwę. Podobno maja tu się pojawić kuchnie polowe, z naszym zasłużonym zaopatrzeniem. Cały III. Batalion
i części I. odpoczywają w tej okolicy. Dopiero, co złożyliśmy nasze karabiny w kozły, rozeszliśmy się, gdy nagle świst, wruuu, wruuu, wruuu. Cztery pociski artyleryjskie uderzają dokładnie w las, w którym jesteśmy bardzo zagęszczeni. Zamiast odpoczynku i spokoju, mamy pół godziny nerwów i poruszenia. Nikt nie może wytłumaczyć, czemu Polacy zawsze trafiają w środek naszego zgrupowania pierwsza salwą. Wszyscy przypuszczają, że cywile w okolicznych domach nakierowują na nas wrogą artylerię. Z trudem powstrzymujemy żołnierzy przed wysadzeniem ocalałych po ostrzale artyleryjskim domów w powietrze. Jednak udaje się nam ich uspokoić. Wszystkich nagle dopada senność. Tylko spać! Choćby bez zaopatrzenia. Lecz zaraz podjeżdża do nas dowódca batalionu z rozkazem do wymarszu. Mamy ruszyć za kuchniami polowymi pod kościół w Gostyni. Więc znowu 3 km marszu, z przekleństwami na ustach, docieramy do celu. Na małej polance Feldweblowie przygotowali dla swoich kompanii miejsca noclegowe z siana. Nareszcie jest też jedzenie. Blisko nas płonie stodoła. Tej nocy śpimy jak zabici. – pomimo lekkiego chłodu.

Późno w nocy nastąpiło podsumowanie: chrzest bojowy regimentu był bardzo bolesny.

Z 57 poległych, którzy zostali pochowani następnego dnia, największa część należała do 49 regimentu (na podstawie meldunku kapelana dywizyjnego, prof. Dr. Strelzenbergera).”